Kiedy komuś nowo poznanemu mówię, że „zajmuję się porażkami”, to budzi to zainteresowanie i daje możliwość budowania relacji – Jarosław Łojewski (Fundacja Dobra Porażka)

Podziel się wpisem

Share on facebook
Share on linkedin
Share on twitter
Share on email

Jesteś founderem Fundacji Dobra Porażka. Skąd pomysł na taką działalność?

Wszystko zaczęło się od spotkań FuckUp Nghts, które organizowałem i prowadziłem w latach 2015-2016. Te spotkania pokazały mi, jak wielki potencjał tracimy nie rozmawiając o błędach i porażkach, nie wyciągając z nich doświadczeń.

Z jednej strony prelegentki i prelegenci dzielący się swoimi doświadczeniami i słuchający, jak na nie reagują, jak je komentują widzowie, potwierdzali, że okazja do zastanowienia się nad tym co przeżyli, była dla nich świetną możliwością uświadomienia sobie lub przypomnienia wiedzy wyniesionej z niepowodzeń.

Z drugiej strony – widzowie swoimi pytaniami i komentarzami wyraźnie wskazywali, że jest potrzeba porozmawiania o porażkach, odczarowania powszechnej postawy „możesz wszystko” i autopromocji sukcesu uprawianej w mediach.

Do tego dołożyły się jeszcze trzy rzeczy. Pierwsza to spotkane z profesorem Paulem Iske z Institute for Brilliant Failures z Holandii, który na jednej z konferencji w Warszawie, opowiadał o swoich doświadczeniach i efektach związanych z propagowaniem podejścia „learning from failures”. Pamiętam, jak słuchałem wykładu Paula i na początku byłem bardzo mocno zdystansowany do pojęcia „brilliant failures” (pol. dobre porażki). Jednak w miarę słuchania, coraz bardziej otwierały mi się różne klapki w mózgu i przekonał mnie do takiego podejścia. Mieliśmy jeszcze okazję porozmawiać na tej konferencji i profesor zachęcał mnie do podejmowania aktywności podobnej do jego – propagowania podchodzenia do porażek nie jako do klęski, ale doświadczenia, którym należy dzielić się z innymi.

Druga rzecz, to lektura książki „Metoda czarnej skrzynki” Matthew Syeda, w której autor, były czołowy brytyjski tenisista stołowy, pokazywał, że uczenie się z porażek jest nie tylko korzystne, ale wręcz musimy to robić. Zwłaszcza w sytuacjach, kiedy wyciągnięte z nich wnioski, pomagają ratować ludzkie zdrowie czy życie. Od pierwszej lektury do dzisiaj mam w głowie przesłanie, które Syed zawarł w tej książce: „Tam, gdzie porażki prowadzą do tragedii, nauka na błędach stanowi imperatyw moralny.”. I nie przesadzę jak powiem, że ta książka przeorała mocno moje myślenie o niepowodzeniach i błędach.

W końcu ostatnie zdarzenie – Jacek Kotarbiński nieświadomie pokazał mi, jaką „markę osobistą” zbudowałem prowadząc i promując ideę FuckUp Nights. Tak mnie przedstawił na organizowanej przez siebie imprezie: „Jarek to największy specjalista od porażek w Polsce.”. Chociaż najpierw trochę się takim określeniem zmartwiłem, to miało ono taki rezultat, że… miałem o czym rozmawiać z ludźmi, których w większości nie znałem. I to głównie właśnie o porażkach i podejściu do nich. To było bardzo ciekawe doświadczenie i dzięki niemu zaakceptowałem taką może trochę nietypową, ale jednak rozpoznawalna markę „człowieka od porażek”.

Po tym było z górki. Utworzyłem blog dobraporazka.pl. Pojawił się pomysł zorganizowania Dnia Porażki na wzór wymyślonego w 2010 roku w Finlandii „National Day of Failure”. Pojawiły się pytania o warsztaty i wystąpienia. Trzeba to było jakoś ogarnąć, więc powstała Fundacja Dobra Porażka.

Stworzyłeś też spotkania FuckUp Nights. Jak powstała ta inicjatywa?

„Wymyślenie” przeze mnie FuckUp Nights to taka „miejska legenda”, być może związana z moją niegdyś dużą aktywnością w tym temacie.

Idea FUN pochodzi z Meksyku. Jest to, podobnie jak TEDx, format spotkań, na które zapraszane są 3-4 osoby, które dzielą się historiami swoich porażek oraz tym, co dla nich z tego wyniknęło, jakie wnioski, nauki z nich wyciągnęli. Wystąpienia mają raczej zabawowy charakter, natomiast formuła powoduje, że bardzo dobrze pokazują odwagę w mierzeniu się z błędami i wartość wyciągania z nich wniosków. Formatem zarządza meksykańska fundacja, która zbudowała społeczność organizującą takie wydarzenia w ponad 320 miastach w 90 krajach.

Temat sprowadzili do Polski Ela Piotrowska i Román Bautista, którzy uczestniczyli w takich wydarzeniach w Meksyku. W styczniu 2015 zorganizowali pierwsze spotkanie FUN w Warszawie. A ja przeczytałem o tym chwilę wcześniej i tak mi się spodobało, że sam zacząłem organizować FUN-y w Trójmieście. Kiedy Ela i Román wrócili do Meksyku, przejąłem też organizację spotkań w Warszawie. I tak wspólnie ze świetnymi ekipami przyjaciół z Trójmiasta i Warszawy, współtworzącymi ze mną to wydarzenie, zorganizowaliśmy łącznie 28 spotkań.

Z tego co wiem w Polsce obecnie FuckUp Nights organizowane są tylko w Lublinie. Wcześniej odbywały się też w Warszawie, Trójmieście, Łodzi, Krakowie czy Koszalinie.

W jaki sposób docierałeś do pierwszych potencjalnych zainteresowanych konceptem „dobrej porażki”?

Miałem o tyle łatwiej z powodu właśnie wspomnianej marki „człowieka od porażek”. Dzięki FuckUp Nights, wywiadom i publikacjom, a także mediom społecznościowych, rozniosło się, że jest taki Jarek, który zajmuje się takim nietypowym tematem jak porażki. Przy okazji FUN poznałem też mnóstwo ludzi, z których wielu pomaga nam docierać z tym, co robimy w Fundacji, do nowych osób, instytucji czy firm.

Poza tym, co tu dużo kryć, kiedy komuś nowo poznanemu mówię, że „zajmuję się porażkami”, albo, że jestem „porażkologiem”, to budzi to zainteresowanie i daje możliwość budowania relacji.

Inna sprawa, że wiele osób szybko „kupuje” ideę uczenia się na błędach, wyciągania wniosków, analizowana porażek, bo widzą w tym wartość. A niektórych mierzi powszechna „sukcesologia” widoczna najbardziej w mediach.

Pomogło mi też wiele osób. Wszystkich tutaj nie wymienię, ale pozwolę sobie wyróżnić Jacka Santorskiego, Joannę Chmurę, Pawła Fortunę czy wspomnianego już Jacka Kotarbińskiego. Z jednej strony wspierają mnie, dzięki swoim kontaktom i rekomendacjom. Z drugiej – co ważniejsze – dzięki temu, że swoimi autorytetami wzmacniają markę Fundacji Dobra Porażka. To bardzo cenne i za to bardzo im wszystkim dziękuję!

A jak było i jest z finansowaniem fundacji? Skąd czerpiesz środki na realizowanie inicjatyw?

Przede wszystkim chciałbym powiedzieć, że wszyscy, którzy współpracują z Fundacją, robią to na zasadzie wolontariatu. Jest nas 6 osób. Każde z nas ma swoją, najczęściej etatową pracę, rodziny i inne zainteresowania. Jednak znajdujemy czas, aby wspólnie planować i działać przy organizacji wydarzeń czy prowadzeniu bardzo merytorycznej strony Fundacji i naszych mediów społecznościowych. Tymi kanałami realizujemy większość naszej misji – propagowanie kultury i metod uczenia się na błędach.

Środki na realizowanie inicjatyw czerpiemy przede wszystkim z dwóch źródeł. Głównym jest coroczna konferencja Dzień Porażki. Jest ona biletowana, a 100% przychodów idzie na jej organizację oraz na koszty i cele statutowe, Fundacji. Mamy też przychody z warsztatów, szkoleń czy wystąpień, które odbywają się dosyć sporadycznie. Do tego dochodzi sprzedaż kart Failowship – narzędzia, które uczy, jak dobrze rozmawiać o porażkach.

Wszystko to składa się na niezbyt duże, z perspektywy czysto biznesowej kwoty, które pozwalają nam na realizowanie naszej misji w sensownym zakresie.

Jak przedsiębiorcy podchodzą do porażek? Czy inicjatywy takie jak Fundacja Dobra Porażka czy FuckUp Nights, zmieniają sposób ich postrzegania?

Z tego co obserwuję, to akurat przedsiębiorcy, zwłaszcza ci odnoszący sukcesy, dosyć szybko nauczyli się wyciągać wnioski z porażek i z nich korzystać. I wielu z nich radzi sobie z niepowodzeniami całkiem dobrze. Mówię tutaj też o eksperymentowaniu, próbowaniu nowych możliwości biznesowych, produktów, usług czy sposobów poszukiwania klientów. Inaczej ciężko odnosić sukcesy.

Nie wszyscy jednak to potrafią, podobnie jak wielu pracowników firm czy sektora publicznego. Często obserwuję podejście, że porażka jest powodem do wstydu, a nie okazją do nauki. Strach przed porażką nie pozwala na eksperymentowanie czy podejmowanie odważnych kroków, aby osiągnąć większe cele. Chowamy te porażki przed innymi, bo boimy się „złych konsekwencji”, zwolnienia z pracy, utraty klientów, złego PR-u, utraty autorytetu czy dobrej opinii w środowisku, w którym działamy.

Mam dowody na to, że działania czy to FuckUp Night czy Fundacji, zmieniają sposób postrzegania porażki. Widzimy, że firmy otwierają się na rozmawianie z pracownikami o niepowodzeniach nie po to, aby ich ukarać, ale po to, aby wyciągać z nich wnioski i lepiej pracować w przyszłości. Aby komunikować się otwarcie i szczerze i uniknąć „trupów w szafach” – błędów i niepowodzeń, o których nikt nie mówi, a które mogą nagle wybuchnąć nam w twarz i spowodować nieprzyjemnie konsekwencje.

Mam takie wrażenie, że od czasu pojawienia się FuckUp Nights w Polsce, ale także odkąd organizujemy Dzień Porażki, jest również w mediach większa otwartość mówienia o błędach, pokazywania nie tylko sukcesów, ale też tego, co nam się nie udaje. To bardzo fajne i bardzo korzystnie wpływa na przykład, na początkujących przedsiębiorców czy founderów. Jeśli zobaczą, że ich biznesowi idole, zanim stanęli na pudle sukcesu, przeżyli mniej lub więcej porażek, to może nie będą się załamywali swoimi niepowodzeniami. Bo przecież „X czy Y odpalili startup i” – od razu osiągnęli sukces.

Mam taką jedną historię gościa naszych wydarzeń, który najpierw trafił na jedno z nich przypadkiem, potem zaczął przychodzić celowo. W końcu napisał do mnie, że położył kiedyś swoją pierwszą firmę i stwierdził, że on się nie nadaje do prowadzenia biznesu. Ale jak posłuchał o niepowodzeniach i błędach paru naszych prelegentów, niektórych znanych głównie ze swoich sukcesów, to odważył się wrócić do prowadzenia własnego biznesu.

Jeśli chcesz posłuchać historii o porażkach, sukcesach oraz rozwoju, dołącz do konferencji Founders Mind

Jaka była Twoja najlepsza porażka? Jakie lekcje z niej wyciągnąłeś?

Tu chyba będzie pasowała historia z dawnych czasów, kiedy prowadziłem ze wspólnikiem firmę produkującą gry komputerowe. Byłem odpowiedzialny za pomysły i ich realizację. Wymyśliłem grę, która działa się w polskich realiach, na typowym dla lat 80-90 XX wieku osiedlu „z wielkiej płyty”. Była to gra przygodowa (point and click),z dwoma bohaterami, którzy mieli wykonywać różne zadania wynikające ze scenariusza. Chciałem, aby grafika była utrzymana w konwencji „wacked animations”, znanej na przykład z popularnego wówczas Cartoon Network. Włożyliśmy w tę grę z zespołem mnóstwo energii, kreatywności, czasu i pieniędzy.

Pierwszy problem polegał na tym, że tę grę za długo robiliśmy. Może było momentami za duże rozluźnienie w zespole. A na pewno ja za długo szlifowałem scenariusz.

Podjąłem też, wbrew opiniom współpracowników, wiele nietrafionych decyzji, wynikających z mojego ego. Bo przecież robimy „produkt z górnej półki”. Taka ówczesna kategoria AAA made in Poland. I musi być w pudełku, z odpowiednią ceną.

Problemem stała się na przykład nazwa gry. Miała to być pierwsza część gier w stylu „wacked animations”. Ale umówimy się, że gra dla dzieci w wieku 10-15 lat, kupowana wówczas na płytach CD w pudełkach przez rodziców, dziadków czy wujków, nie powinna mieć wielkiego tytułu: „WACKI”… Tytuł sugerujący produkt dla dorosłych powodował, że zakup go dla nastolatków nie wydawał się dobrym pomysłem.

Innym błędem było nie sprawdzenie możliwości nowego wówczas kanału sprzedaży, jakim była sprzedaż w kioskach. Nie posłuchałem moich współpracowników, aby chociaż przyjrzeć się tej opcji. A okazała się ona rynkowo bardzo atrakcyjna.

Do tego doszła błędna wycena gry – wyższa niż inne polskie produkty dostępne wówczas na rynku. Nie pomogły też nerwowe ruchy z obniżeniem ceny, co mocno wkurzyło naszych dystrybutorów i klientów.

Moje główne wnioski z tamtego okresu: więcej słuchać współpracowników a mniej własnego ego, dawać szansę na próbowane nowych możliwości, weryfikować produkt i jego „markę” z klientami. I pamiętać, że dystrybutorzy to Bardzo Ważni Klienci.

Jakie są plany na przyszłość Fundacji?

Na 2022 rok planujemy przede wszystkim zorganizowanie 4. edycji Dnia Porażki. Chciałby, aby to wydarzenie było bezpłatne. Do tego jednak musimy znaleźć patronów, którzy pomogą nam tutaj finansowo. Impreza będzie po raz kolejny online – takie życzenie dostaliśmy od uczestników poprzednich edycji. Koszty organizacji nie są zbyt duże, podobnie jak koszty utrzymania Fundacji. Więc liczę na to, że uda mi się znaleźć kilka organizacji, które zechcą wyłożyć po kilka tysięcy złotych. Jeśli ktoś z czytających jest zainteresowany, proszę o kontakt. 😊

Będziemy kontynuowali pokazywanie różnych twarzy porażki na naszej stronie. Już dzisiaj znajdziecie na dobraporazka.pl porady, narzędzia, inspirujące historie, a przede wszystkim rozmowy z ludźmi, którzy przeżyli porażki, którzy wiedzą, jak sobie z nimi radzić.

Pojawią się też dwa nowe cykle: Ściana Porażek, czyli krótkie, inspirujące historie porażek i wyciągniętych z nich nauk. Oraz Muzeum Porażek, gdzie będziemy pokazywali różne wynalazki i projekty, które w zamierzeniu ich twórców miały duży potencjał biznesowy, ale… wyszedł fakap. Chcemy te cykle tworzyć przy aktywnym udziale naszej kilkutysięcznej społeczności.

Chciałby też nieco mocniej wypromować karty Failowship. Każdy, kto miał z nimi do czynienia potwierdza, że to świetne narzędzie do nauczenia się dobrego rozmawiania o błędach i niepowodzeniach. Dobrego, czyli nie powodującego konfliktów czy pogorszenia relacji, ale umożliwiającego ich budowanie i tworzenie nowej wartości dzięki naukom wyciągniętym z już przeżytych sytuacji.

Pojawił się też pomysł książki, która ma być inspiracją do odważnego radzenia sobie z porażkami, a z drugiej ma podpowiedzieć sposoby i narzędzia, jak skutecznie to robić.

W tej chwili mamy więcej pomysłów niż możliwości ich realizacji. Więc ciągle się uczę jak ograniczać liczbę działań. Jeśli jednak ktoś zechce dołączyć do nas, to mamy jeszcze parę pomysłów do sprawdzenia. 😊